To
jasne, że także w Chojnicach była grupa trzymająca władzę. Są za to
wątpliwości, czy uda się wskazać palcem wszystkich, którzy do niej należeli. Marzenna Osowicka, przewodnicząca komisji
śledczej przy gimnazjum nr 1 w Chojnicach, na dźwięk słów "komisja śledcza"
dostaje gęsiej skórki, a kiedy ktoś porównuje ją do Romana Giertycha, posła
Ligi Polskich Rodzin, wpada w szał. - Komisje śledcze źle się ludziom kojarzą, a
posła Giertycha nie darzę poważaniem - mówi bez ogródek. Czy tego chce, czy
nie, ma z posłem wiele wspólnego: dociekliwość i ostry język, choć przy
swoich 164 centymetrach wzrostu nie rzuca się w oczy tak jak on. I łączy
ich jeszcze jedno; komisja śledcza. Tyle, że komisja Osowickiej nie jest
sejmowa, a społeczna. I ma ustalić okoliczności zniknięcia z kasy
chojnickiego gimnazjum pół miliona złotych. Komisję powołał przed
miesiącem burmistrz miasta Arseniusz Finster, bo 500 tysięcy to dla szkoły
majątek. W Chojnicach, podobnie jak w ogólnopolskich aferach rozpatrywanych
przez sejmowe komisje śledcze do spraw afery Rywina, Orlenu czy PZU, nie
chodzi tylko o pieniądze, lecz o powiązania i układy między prominentnymi
przedstawicielami tutejszej społeczności. Z ustaleń chojnickiej komisji
wynika już, że winnych zniknięcia szkolnych pieniędzy może być więcej, niż
się początkowo wydawało. W sprawę zamieszana jest już nie tylko była
księgowa, ale i poprzedni dyrektor szkoły oraz urzędnicy magistratu. - Ta sprawa zatacza coraz szersze kręgi - mówi z powagą Marzenna
Osowicka. I nie ma wątpliwości, że w niespełna 39-tysięcznych Chojnicach
jest grupa trzymająca władzę. Członkinie komisji boją się szykan i
nacisków z jej strony. O tym, jak duża jest presja, niech świadczy fakt,
że sześcioosobowa początkowo komisja skurczyła się do czterech
przedstawicielek, bo szkolna sekretarka i jedna z nauczycielek zrezygnowały,
tłumacząc się nawałem obowiązków zawodowych. Nieoficjalnie - bały się
stracić posady. Zostały te mniej strachliwe, oprócz przewodniczącej Osowickiej księgowa Jolanta Miszewska, skrupulatna niczym poseł Konstanty Miodowicz; matematyczka Halina Ilkowska, przyczajona jak Zbigniew Witaszek,
oraz nauczycielka muzyki Ilona Piotrkowska, bezkompromisowa w ustalaniu
prawdy podobnie jak Zbigniew Wassermann. Obserwując ich działania, chojnicka
społeczność szybko przemianowała komisję społeczną na śledczą.
 Mieczysław Brunke, szef Prokuratury Rejonowej w Chojnicach, jest
jednak sceptyczny wobec jej ustaleń. Afera w Gimnazjum nr l to największa i
najpoważniejsza sprawa, jaką się teraz zajmują. Nie ukrywa, że jego zdaniem
od śledztw jest policja i prokuratura. Ustalili już, że szkolna księgowa
Elżbieta Ziętek i Danuta Mielcarz (oba nazwiska zmienione), odpowiedzialna
za kasę zapomogowo-pożyczkową dla pracowników oświaty, wyprowadziły ze
szkolnej kasy 500 tysięcy złotych. Mechanizm był prosty: księgowa żądała od Urzędu Miejskiego więcej
pieniędzy, niż szkole było potrzeba. Nadwyżkę przelewała na konto kasy
zapomogowej, skąd już łatwo było je zabrać. Ale zanim sprawa "nadwyżek" wyszła na jaw, w szkole zaczęły dziać
się też inne dziwne rzeczy. Piotrowska odkryła, że szkoła nie płaci za nią
składek ZUS. - Jakbym była bezrobotna - denerwuje się. Takich
„bezrobotnych" było w szkole więcej. W dodatku na nauczycielskie konta
zaczęło wpływać mniej pieniędzy, niż wynikałoby to z umów o pracę i kwot
wypisanych na „paskach". A księgowa, zwykle do rany przyłóż: koleżeńska,
uczynna, pracowita Jak mrówka, stała się nerwowa i opryskliwa. Pytana przez
nauczycieli, co się dzieje, odburkiwała, że ktoś coś musiał pomylić. Skargi
na księgową do dyrektora Klemensa Galika (nazwisko zmienione) pozostawały
bez echa. - Tymczasem wszystkie kontrole, jakie przychodziły z ratusza,
kończyły się tak samo: kawka, ciasteczka i protokół, że wszystko jest w
porządku - relacjonuje Osowicka. Atmosfera w pokoju nauczycielskim była ciężka. Kiedy wyszło na jaw,
zew szkolnej kasie zapomogowo-pożyczkowej także nie zgadzają się finanse,
nauczyciele wreszcie wystosowali oficjalne pismo do magistratu. I lawina
ruszyła. Kompleksowa kontrola wykryła, że na koncie szkoły brakuje pół
miliona, a księgowa nie prowadzi ksiąg rachunkowych. W gimnazjum zjawił się
prokurator, a burmistrz Chojnic zaproponował utworzenie społecznej komisji,
która początkowo miała być tylko łącznikiem między gronem nauczycielskim a
magistratem i prokuraturą, a pod wpływem panującej w kraju atmosfery
przeistoczyła się w komisję śledczą. - Prokuratura nic wyjaśni wszystkich
problemów, jakie zaistniały w szkole. Chodzi głównie o obszar stosunków
międzyludzkich - tłumaczy burmistrz. Komisja wzięła się do pracy, ale po kilku oficjalnych posiedzeniach
okazało się, że więcej można się dowiedzieć "przesłuchując" świadków
podczas rozmów w cztery oczy. I ukryte do tej pory "stosunki międzyludzkie"
zaczęły wychodzić na jaw. Choćby to, że rewidentka, która przez lata
kontrolowała szkolne finanse i raportowała o ich nienagannym stanie, jest
przyjaciółką księgowej. - Jeśli na kontrolę miał przyjść ktoś inny, księgowa dzień
wcześniej uciekała w chorobę - tłumaczy przewodnicząca Osowicka. Według
ustaleń komisji o planowanych kontrolach mógł uprzedzać nieuczciwą
pracownicę jej mąż, dyrektor wydziału reagowania kryzysowego w Urzędzie
Miasta w Chojnicach. Komisja wyśledziła także, że ówczesny dyrektor szkoły także ma na
sumieniu paskudne grzeszki. Brał do kieszeni prowizje od PZU za
ubezpieczenie dzieci, przywłaszczał nagrody, jakie dawał gimnazjum ubezpieczyciel w podzięce za długoletnią współpracę. Do tych zarzutów
prokurator dorzucił swoje: kiedy budynek obecnego gimnazjum wynajmowała
Politechnika Koszalińska, dyrektor wypłacał sobie pieniądze za
administrowanie szkołą, choć nie miał do tego prawa. - Wstyd - mówią
nauczyciele i zastanawiają się, jakie stosunki łączyły byłego dyrektora z
byłą księgową. Bo nie dość, że był ślepy na jej przekręty, to jeszcze co
roku nagradzał. Kiedy zapytaliśmy o to dyrektora, odparł, że jest niewinny,
co udowodni wsadzie. Księgowa także idzie w zaparte: żadnych pieniędzy nie
kradła, to jej ktoś ukradł księgi rachunkowe. Przez tą sprawę przeszła
„epizod depresyjny" i marzy o świętym spokoju. Być może doczeka się go niebawem, bo prace komisji zmierzają do
finału, a jej członkiniom pozostał tylko raport do napisania. Ma
odpowiedzieć na kilka pytań bulwersujących chojnicką społeczność: jak to
się stało, że przez pięć lat kilka osób okradało szkołę i nikt tego nie
zauważył? Czy dyrektor wiedział o oszustwach księgowej? Dlaczego nikt nie
kontrolował działalności pani rewident z Urzędu Miasta? I wreszcie - czy
ktoś jeszcze nie stoi za gimnazjalną aferą? - Aż boję się usiąść do pisania - mówi przewodnicząca Osowicka.
Przyznaje jednak, że i tak jest w lepszej sytuacji niż profesor Nałęcz,
przewodniczący sejmowej komisji śledczej badającej aferę Rywina. W
przeciwieństwie do tamtej chojnicka komisja mówi jednym głosem i nie grozi
jej, że wyda kilka niezależnych raportów. Raport będzie jeden, tak jak
prawda.
Dorota Kowalska- "Newseek" z 30.01.2005 . Foto (a raczej skan
fotki) pochodzi ze strony papierowej tygodnika.
www.erdman.chojnice.pl |