|
WYWIAD Z JEFFEM LYNNE
Biografia Jeffa Lynne
ELECTRIC LIGHT
ORCHESTRA po szesnastu latach milczenia powraca z nową płytą. Album, którego tytuł
brzmi "Zoom", trafił do sklepów 11 czerwca 2001 r. Promuje go utwór
"Alright", jeden z 13 znajdujących się na krążku. Zapraszamy do przeczytania
wywiadu z Jeffem Lynne - liderem "elektryków".
- Czym różniła się praca nad "Zoom" od pracy nad twoimi poprzednimi
projektami?
- Miałem w życiu już okazję pracować z ludźmi, którzy są dla mnie wzorem, jeżeli
chodzi o tworzenie muzyki: Geoge Harrison, Roy Orbison, Tom Petty i Paul McCartney.
Któregoś dnia wpadłem na pomysł: "Czemu nie wykorzystać tego, czego się od nich
nauczyłem, przy pracy nad nowym albumem? Może wtedy wszystko wyglądałoby zupełnie
inaczej?!" Dojrzewałem do tego przez kilka lat, gromadziłem rozmaite pomysły, aż
wreszcie zabrałem się do tej płyty. Czego się nauczyłem od chłopaków? Zaraziłem
się ich metodą pracy nad płytami - do tej pory zamykałem się w studio na parę
tygodni i wychodziłem już z nagranym materiałem, gotowym do zaprezentowania wytwórni.
Utwory stawały się popularne, trafiały na listy przebojów, ale zrozumiałem, że takie
nagrywanie już mnie nie bawi. Teraz wkładam w swoją prace więcej życia - a przede
wszystkim tworząc, nie odcinam się od rzeczywistości. Do tego potrzebna mi była
właśnie wymiana doświadczeń z innymi.
- Czy przed nagrywaniem nowego albumu miałeś już jakąś wizję, jak ma on
wyglądać?
- Pamiętam jak kiedyś, po nagraniu płyty "Balance of Power" czułem, że czas
już wyrwać się ze schematu, w jakim od tylu lat powstawały moje utwory. Przede
wszystkim dotyczyło to smyków. Powiedziałem sobie - "Koniec ze smykami!"
(śmiech) Teraz natomiast postanowiłem skorzystać z wiedzy jaką mam od ludzi, którzy
latami próbują nagrać płyty brzmiące jak prawdziwe ELO. Spowodowali, że sam
zapragnąłem nagrać taki album!
- Czy jest coś, co nieustannie musisz dementować w wywiadach?
- Chyba tylko to, że ELO to w zasadzie nie jest zespół - prawie od początku ja sam
byłem mózgiem tego przedsięwzięcia, wykonywaliśmy piosenki mojego autorstwa, byłem
też ich producentem. Tak jak w przypadku "Zoom" - nawet na instrumentach staram
się grać sam.
- Czy uważasz, że - tak jak kilka lat temu - muzyka ELO będzie się podobała
wszystkim i wszędzie?
- Ależ mi wcale nie o to chodzi! Wolałbym, żeby muzyka, jaką wykonuję, odstawała od
swoich czasów, była czymś wyróżniającym się. Wkładam w to wiele wysiłku...
- Skąd wziął się tytuł "Zoom"?
- Ostatnia studyjna płyta ELO ukazała się ponad 15 lat temu, a tu proszę... już mamy
2001 rok i całkiem nowy album! Dla mnie ten okres minął jak z bicza strzelił.
Naprawdę!
- Ile czasu powstawała ta płyta?
- Dwa i pół roku. A pracowałem nad nią cztery, czasem pięć dni w tygodniu.
Ostatecznie powstało 18 nowych piosenek.
- W jaki sposób powstaje tak charakterystyczne brzmienie, jakim może się
pochwalić ELO?
- Do tego potrzebna jest odpowiednia atmosfera, klimat. Za każdym razem staram się
uzyskać to specyficzne, staromodne brzmienie, jakby wszystko było nagrywane jakieś 10
lat wcześniej. Nie wiem dlaczego tak robię... Może dlatego, że podświadomie stwarza
to pozory ponadczasowości?
- Czy na nowej płycie masz jakieś szczególnie ulubione utwory?
- Tak, moim faworytem można chyba nazwać kawałek "State Of Mind". Ma w sobie
jakąś siłę, którą rzadko kiedy można usłyszeć w innych nagraniach, nawet mojego
autorstwa. Lubię też "Ordinary Dream" za jego wielowątkowość - z jednej
'fazy' przechodzi w drugą... I napisałem do niego całkiem niezły tekst.
- A jak wspominasz pisanie tekstów na nową płytę?
- Przez długi czas nie pisałem nic. Nie czułem takiej potrzeby. Przy "Zoom"
teksty powstały tymczasem o wiele szybciej, niż miało to miejsce przy poprzednich
albumach. Opowiadają po prostu o wszystkim, co przydarzyło mi się przez te lata i są
zapewne bardziej osobiste. Może dlatego, że tym razem nie pisałem pod żadną
presją...
- Nadal śpiewasz o dobrych i złych stronach życia.
- Wiele tekstów opowiada o tym, jak starasz się dawać z siebie wszystko, ratować co
się da, kiedy sytuacja wydaje się już beznadziejna. A trzeba zrozumieć, że każdemu
zdarzają się podobne momenty i nic się na to nie poradzi.
- Nagrywasz w studio w swoim domu?
- To o tyle dobra sytuacja, że jeżeli któregoś dnia nie czuję się na tyle twórczy,
żeby coś nagrać, to po prostu mówię swoim dźwiękowcom (Mark Mann i Ryan Ulyate)
"Nie przychodźcie dzisiaj do pracy, OK.?" i to wszystko! Robisz co chcesz i
kiedy chcesz, bez żadnych zobowiązań wobec nikogo. Pracujesz, kiedy czujesz się
wystarczająco zainspirowany. I wtedy nawet przez 6 czy 8 godzin poświęcasz się tylko
nagrywaniu. Kilka miesięcy temu zajmowałem się masteringiem 53 kompozycji z
retrospektywnego boxu ELO - "Flashback". Wtedy czułem się, jakbym każdego
dnia przychodził na godzinę dziewiątą do pracy, i w dodatku zostawał po godzinach, bo
sprawa była dosyć pilna. Tamten okres wspominam jako naprawdę trudny - nie jestem
przyzwyczajony do trzymania się ustalonego planu zajęć. Przy "Zoom" miałem
na szczęście zupełny komfort psychiczny.
- Ale nagrywasz nie tylko w studio...
- Tak - mikrofony znajdują się praktycznie w całym moim domu. W różnych pokojach
różne instrumenty brzmią po prostu inaczej i dlatego często ćwiczę na przykład w
kuchni, a w łazience trzymam gitarę akustyczną. Naturalny dźwięk jest czasem o wiele
ciekawszy niż wypolerowane brzmienie studyjne.
- Czy podczas pracy w studiu uciekasz się do stosowania różnych nowinek
technologicznych?
- Stosując system Pro Tools mogę robić z dźwiękiem to, co jeszcze kilka lat temu
było albo kompletnie niemożliwe albo wymagało ogromnego nakładu czasu. Na przykład:
chcę nagrać przestrzenny dźwięk perkusji. Nagrywając w dużym studiu, gdzie najlepiej
uzyskuje się taki efekt, dźwięk jest może odpowiedni, ale dociera do mikrofonu z
minimalnym opóźnieniem. Teraz można osiągnąć zamierzony efekt zaledwie w kilka minut
i to niezależnie od miejsca, w jakim się jest. Bardzo mi to odpowiada, dlatego można
powiedzieć, że w pewnie sposób uległem technice... Przestrzenne brzmienie to dla mnie
jeden z najważniejszych elementów piosenki.
- Jak wspominasz pracę nad "Zoom" z Georgem Harrisonem i Ringo Starrem?
- Niektórzy wypominają mi, że przez to cała płyta brzmi, jakby wyszła spod pióra
THE BEATLES. Nie zgadzam się z tym. Wszystkie kawałki są mojego autorstwa, a ewentualne
podobieństwa to kwestia najwyżej zbliżonych aranżacji. Znam się z chłopakami bardzo
dobrze, także z Paulem, któremu miałem okazję wyprodukować osiem utworów na jego
płytę "The Flaming Pie". Cieszę się, że George zagrał u mnie na gitarze w
"A Long Time Gone" i "All She Wanted", bo jest jednym z moich
ulubionych gitarzystów. Gra bardzo melodyjnie, każdą nutę wydobywa z niezwykłą
dokładnością. Ringo jest za to świetnym perkusistą, co miał możliwość po raz
kolejny zaprezentować na "Easy Money" i "Moment in Paradise".
Pamiętam, jak kiedyś wspomniał, że chciałby zagrać na mojej płycie. Powiedziałem:
"Co powiesz na... jutro?". Zgodził się bez wahania i już kilkanaście godzin
później nagrywaliśmy w moim studio razem z Ringo Starrem.
- Jak byś opisał "Zoom" na tle poprzednich albumów ELO?
- Od skrzypiec i kilku fletów do 40 osobowej orkiestry i 30 osobowego chóru. Z jednej
skrajności w drugą.
- Czym twoje kompozycje rodzą się spontanicznie?
- Spontaniczny utwór to taki, który powstaje nagle, ni stąd ni zowąd. Potrafisz się
obudzić i po prostu go zaśpiewać. Większość tego, co robię, nie powstaje aż tak
spontanicznie, ale nieraz zdarza mi się siedzieć i godzinami brzdąkać na gitarze
wymyślając nowe melodie czy akordy. Jeżeli następnego dnia jestem w stanie je
powtórzyć, znaczy to, że były dobre. Jeżeli nie zapadły w mojej pamięci na
wystarczająco długo, to nie zapamiętaliby ich także moi słuchacze.
- Jak wspominasz trasy koncertowe?
- Szczerze mówiąc, nigdy tego nie lubiłem. Tournee to z jednej strony
konieczność uważania na głos, dbanie o siebie, a z drugiej zrywanie się na samolot o
trzeciej w nocy, wieczne życie na walizkach. Często dotarcie w jedno miejsce wymagało
wielu przesiadek, nawet w środku nocy... O wiele milej wspominam występy w tych samych
miejscach, kiedy mieszkam w jednym hotelu przez kilka nocy - wtedy trafia się okazja
obejrzenia miasta, w którym jestem, ale to niestety rzadkość. Pamiętam, że pierwsze
trasy były bardzo fajne, bo było to coś nowego i w dodatku graliśmy w Ameryce! Nigdy
nawet nie śniło mi się, że w ogóle tam będę! Pierwszą, drugą i ostatnią trasę,
którą zorganizował mój manager Craig Friun, wspominam bardzo udanie. Ale na przykład
gigantyczne tournee "Out of the Blue" z 1978 roku... to była już przesada.
Oddzielne samoloty, przepych, mnóstwo kasy na wizualną oprawę koncertu. To wszystko
było niepotrzebne.
- Słyszałem, że jesteś wielkim fanem Roy'a Orbisona?
- Kiedy miałem 13 lat po raz pierwszy usłyszałem w radiu "Only The Lonely".
Oszalałem na punkcie tego numeru. Krzyknąłem "To niemożliwe! Coś
fantastycznego!". W tym momencie zauważyłem jak moja mama i ciocia, które były
tam wtedy ze mną, mówią do siebie - "Jaki seksowny śpiew...". Dopiero po
latach uświadomiłem sobie, jak trafnie to określiły. Gdy już byłem zawodowym
muzykiem doceniłem również jego kunszt wokalny. Tak śpiewać nie umie nikt inny.
Pamiętam, że kiedy miałem okazję pisać z nim piosenkę "You Got It" po
wymyśleniu jej tekstu weszliśmy razem do studia, żeby zacząć ją nagrywać. Już
wtedy myślałem sobie, że Roy musi chyba strasznie głośno śpiewać. Zaraz miałem
okazję przekonać się, że robi to tysiąc razy głośniej niż sobie wyobrażałem!
Poza tym cały kompletny wokal nagraliśmy zaledwie po dwóch, trzech próbach.
- Czemu zdecydowałeś się mieszkać w Los Angeles?
- Spędzałem tu już tyle czasu i tak polubiłem to wiecznie bezchmurne niebo
nad miastem, że wreszcie zdecydowałem się tu przenieść. Przebudowałem dom tak, żeby
było w nim miejsce na profesjonalne studio i teraz mogę nagrywać praktycznie wszędzie,
gdzie mi się podoba. To sprawia, że czuje się wolnym i szczęśliwym artystą.
Na podstawie materiałów "Sony Music Polska" opracowała
"Wirtualna Polska" -
http://muzyka.wp.pl/wywiady.html |