Strona główna
Wpis do księgi gości
Co nowego?

o mnie i nie tylko...

o Chojnicach...
  Z historii Chojnic   
  Symbole miasta      
  Zabytki                  
  Mapki                       
  Galeria zdjęć   
  Galeria video      
  Zasłużeni chojniczanie
  Jak przejechać przez   Chojnice

o ELECTRIC LIGHT
ORCHESTRA
  

Archiwum strony

 FreeFind
 

Adres e - maila do mnie. Zapraszam !!!

 Skype: "jurekelo"
JE na NaszejKlasie
JE na youtube.pl
Wyślij na Facebook

STRONA JURKA
o Chojnicach...

Kapłanki diabła

     Istnieje pogląd, że Polska, jak żaden europejski kraj, może poszczycić się niespotykaną tolerancją w stosunku do ludzi reprezentujących odmienną kulturę czy wyznanie. W tym "przytulisku heretyków", jak pisał o nas z uznaniem wybitny specjalista od zagadnień reformacji Joseph Lecler, miały jednak miejsce mniej chwalebne, a bywało, że i krwawsze epizody.
   Moc tajemna przypisywana płci pięknej jest z pewnością zamierzchłym reliktem matriarchatu (okresu w dziejach ludzkości, kiedy to najważniejszą rolę odgrywały kobiety oraz związane z płodnością i urodzajem bóstwa żeńskie). W miarę ekspansji chrześcijaństwa, nacechowanego między innymi wiarą w niebo i piekło, odżyła też wiara w demony i mroczne sługi diabła.   Fanatycy religijni przypisywali czarownicom niesamowite zdolności magiczne: ponoć mogły one sprowadzać pomór na bydło i choroby na ludzi, odbierać krowom mleko i płodność kobietom. Wiele kobiet "przyznawało" się do utrzymywania stosunków z szatanem. Księża oskarżali wiedźmy o niszczenie obrazów i kości świętych, powodowanie biedy, magiczną moc wywoływania gradu, burzy i piorunów. Papież Innocenty VIII w bulli zatytułowanej "Summis desiderantes affectibus" pisał, że czarownice sprowadzają zniszczenie i zbrodnię przy pomocy czarów, zaklęć i innych haniebnych wieszczbiarskich wykroczeń, wskutek czego niszczeją i giną nowo narodzone dzieci i zwierzęta, płody pól, winnice i owoce w sadach." Prócz tego odbierają mężczyznom potencję i w "bluźnierczy sposób wypierają się wiary".   W Rzeczypospolitej sprawy o czary rozstrzygały w większości sądy miejskie. U podstaw oskarżeń leżały m.in. zarzuty uprawiania znachorstwa. Z donosów zazdrosnych sąsiadów wyzierały często zwyczajna głupota i zazdrość. Rzecz ciekawa, że szlachciankom na mocy przywilejów prawnych nie można było wytaczać procesów o czary.
MAGICZNA LALKA
   Maria Matysik twierdziła, że w starych zapiskach miejskich w Chojnicach znajdziemy szereg wiadomości z procesów o czary. I tak w roku 1600 oskarżono jakąś kobietę o sztuki wieszczbiarskie z hostią. Skazano ją na wypędzenie z miasta z uwiązanymi do szyi kamieniami. Cztery lata później przed sądem chojnickim stanęła jakaś wdowa, której zarzucono przygotowanie magicznego napoju. "Wiedźmę" wychłostano, a kara śmierci ominęła ją dlatego, że nie udowodniono szkodliwego działania trunku.   W 1623 roku w chojnickim sądzie miejskim pojawił się pewien miejscowy dzierżawca, niejaki Worlechow. Człowiek, który go wysłuchał (prawdopodobnie jeden z rajców miejskich) miał się dowiedzieć, że członkowie rodziny Splittstosser skonstruowali specjalną, magiczną lalkę. Przedmiot ten, którego wnętrze, zdaniem dzierżawcy, zamieszkiwał zły duch, miał przyczynić się do ciężkiej choroby zeznającego. Rozpoczął się żmudny, poprzedzony torturami proces, w wyniku którego uśmiercono cztery osoby, a piątą, niejaką Annę Czabels, wypędzono za granicę. Najstraszniejsze cierpienia zadano Piotrowi, mężowi Barbary Splittstosser, któremu obcięto dwa palce u ręki i zamkniętego w klatce obwożono po mieście. Zanim ścięto wystawioną na widok publiczny głowę, zastosowano tortury z rozżarzonymi obcęgami i ćwiartowanie ciała. Ścięcie nieletniego syna Piotra, Jerzego, można uznać za przejaw łaski ze strony sądu.  Nie wiadomo, czy oskarżoną o czary Barbarę poddano tzw. "próbie wody", polegającej na wrzuceniu domniemanej wiedźmy do stawu lub rzeki i obserwowaniu jej zachowania. Jeżeli oskarżona nie tonęła (zdarzało się to często, gdyż kobiety nosiły wtedy po kilka wełnianych spódnic, niezwykle wolno wchłaniających wodę), ogłaszano ją czarownicą. Osobę tonącą puszczano najczęściej wolno, oczyszczając ją z zarzutów uprawiania czarów. W opinii sądu Barbara była czarownicą. Takie kobiety wędrowały najczęściej w specjalne dyby, uniemożliwiające wiedźmie zetknięcie z podłożem. W obawie przed skrywającym się diabłem kobietom golono też wszystkie włosy na ciele.
CUDOWNY TALIZMAN
   Mroczna historia chojnickiego zabobonu nabierała niekiedy komicznego charakteru. W XVII wieku istniał przesąd, jakoby skradzione spod szubienicy przedmioty mogły przynosić szczęście i powodzenie. Po taki talizman wybrał się pewnej nocy Jakub Wolandt z Charzyków i zakradłszy się niepostrzeżenie pod wisielca, przywłaszczył sobie część szubienicznego sznura. Przedsiębiorczy jegomość odsprzedał następnie łup podupadającym browarom jako cudowny środek na zwiększenie sprzedaży złocistego trunku. Za ten niegodny czyn Wolandt skazany został na powieszenie. Ciekawe, czy jego śmierć dostarczyła kolejnego niezwykłego środka, gwarantującego jego posiadaczowi pewny sukces handlowy...   Kto wie, może ów amulet rozwiązałby problemy chojnickich szklarzy, którzy przekonani o obecności szkodzącego ich interesom diabła zwrócili się w 1740 roku do księdza jezuitów z prośbą o odprawienie egzorcyzmów...
DIABEŁ W GRUSZKACH
   W 1691 roku przed sądem w Chojnicach stanęła, oskarżona o czary, Małgorzata. Lista stawianych jej zarzutów była tyleż imponująca, co nieprawdopodobna. Z drugiej strony nie odbiegała bynajmniej od przyjętych norm, pozwalających na precyzyjną identyfikację osoby parającej się rzucaniem uroków. Przypadek tej kobiety zdaje się ponadto potwierdzać regułę, że nawet w niewielkiej miejscowości odnaleźć można jakąś lokalną, charakterystyczną dla danego regionu, miejscową Łysą Górę. Małgorzata przyznała, że jakiś czas temu otrzymała od wiedźmy Jadwigi "w pół korcu gruszek dwóch czartów imieniem Jerzy i Stach" rewanżując się jej napełnionym w połowie garncem miodu i woskiem. Po czterech dniach od tego pamiętnego wydarzenia "czarty" ukazały się nowej właścicielce, oczekując pracy i żywności. Małgorzata stwierdziła ponadto, że od wymienionych biesów otrzymała chrzest i przyjęła nowe imię Jadwigi. Zajście miało miejsce na Tucholskiej Łysej Górze, jednak sabaty z uczestnictwem oskarżonej miały odbywać się w innym miejscu - na Cerekwickiej Łysej Górze. Ponoć brała w nich udział trzykrotnie i przebywała na nich w charakterze... kucharki. Wskazała także wspólniczki magicznych zlotów": Barbarę i Zofię, przy czym Zofia relacji koleżanki "po fachu" potwierdzić nie mogła, jako że nieopatrznie spalono ją wcześniej na stosie. Najbardziej krnąbrnym z podarowanych jej czartów okazał się Stachu, "bo zawsze roboty potrzebował". Przewiny Małgorzaty nie pozostawiały cienia wątpliwości, kim w istocie była. Przy pomocy podporządkowanych sobie sług udusiła roczne źrebię oraz trzy świnie należące do synowej, przyznała się także do zabicia wołu i krowy. Wpłynęła ponadto na stado krów syna, stając się bezpośrednią przyczyną bezpłodności bydła. Małgorzatę uznano za winną uprawiania czarów i skazano ją na śmierć. Dobrej woli sądu należy przypisać fakt, że nie została spalona na stosie, a "tylko" ścięta mieczem.
Piotr Puchalski - "Kurier Chojnicki" z 15.12.1999 r.