|
Kapłanki diabła
Istnieje
pogląd, że Polska, jak żaden europejski kraj, może poszczycić się
niespotykaną tolerancją w stosunku do ludzi reprezentujących odmienną
kulturę czy wyznanie. W tym "przytulisku heretyków", jak pisał o nas z
uznaniem wybitny specjalista od zagadnień reformacji Joseph Lecler, miały jednak miejsce mniej chwalebne, a bywało, że
i krwawsze epizody.
Moc tajemna przypisywana płci pięknej jest z pewnością zamierzchłym
reliktem matriarchatu (okresu w dziejach ludzkości, kiedy to najważniejszą rolę
odgrywały kobiety oraz związane z płodnością i urodzajem bóstwa żeńskie). W miarę
ekspansji chrześcijaństwa, nacechowanego między innymi wiarą w niebo i piekło,
odżyła też wiara w demony i mroczne sługi diabła. Fanatycy religijni
przypisywali czarownicom niesamowite zdolności magiczne: ponoć mogły one sprowadzać
pomór na bydło i choroby na ludzi, odbierać krowom mleko i płodność kobietom. Wiele
kobiet "przyznawało" się do utrzymywania stosunków z szatanem. Księża
oskarżali wiedźmy o niszczenie obrazów i kości świętych, powodowanie biedy,
magiczną moc wywoływania gradu, burzy i piorunów. Papież Innocenty VIII w bulli
zatytułowanej "Summis desiderantes affectibus" pisał, że czarownice
sprowadzają zniszczenie i zbrodnię przy pomocy czarów, zaklęć i innych haniebnych
wieszczbiarskich wykroczeń, wskutek czego niszczeją i giną nowo narodzone dzieci i
zwierzęta, płody pól, winnice i owoce w sadach." Prócz tego odbierają
mężczyznom potencję i w "bluźnierczy sposób wypierają się
wiary". W Rzeczypospolitej sprawy o czary rozstrzygały w większości
sądy miejskie. U podstaw oskarżeń leżały m.in. zarzuty uprawiania znachorstwa. Z
donosów zazdrosnych sąsiadów wyzierały często zwyczajna głupota i zazdrość. Rzecz
ciekawa, że szlachciankom na mocy przywilejów prawnych nie można było wytaczać
procesów o czary.
MAGICZNA LALKA
Maria Matysik twierdziła, że w starych zapiskach miejskich w Chojnicach
znajdziemy szereg wiadomości z procesów o czary. I tak w roku 1600 oskarżono jakąś
kobietę o sztuki wieszczbiarskie z hostią. Skazano ją na wypędzenie z miasta z
uwiązanymi do szyi kamieniami. Cztery lata później przed sądem chojnickim stanęła
jakaś wdowa, której zarzucono przygotowanie magicznego napoju. "Wiedźmę"
wychłostano, a kara śmierci ominęła ją dlatego, że nie udowodniono szkodliwego
działania trunku. W 1623 roku w chojnickim sądzie miejskim pojawił się
pewien miejscowy dzierżawca, niejaki Worlechow. Człowiek, który go wysłuchał
(prawdopodobnie jeden z rajców miejskich) miał się dowiedzieć, że członkowie rodziny
Splittstosser skonstruowali specjalną, magiczną lalkę. Przedmiot ten, którego
wnętrze, zdaniem dzierżawcy, zamieszkiwał zły duch, miał przyczynić się do
ciężkiej choroby zeznającego. Rozpoczął się żmudny, poprzedzony torturami proces, w
wyniku którego uśmiercono cztery osoby, a piątą, niejaką Annę Czabels, wypędzono za
granicę. Najstraszniejsze cierpienia zadano Piotrowi, mężowi Barbary Splittstosser,
któremu obcięto dwa palce u ręki i zamkniętego w klatce obwożono po mieście. Zanim
ścięto wystawioną na widok publiczny głowę, zastosowano tortury z rozżarzonymi
obcęgami i ćwiartowanie ciała. Ścięcie nieletniego syna Piotra, Jerzego, można
uznać za przejaw łaski ze strony sądu. Nie wiadomo, czy oskarżoną o czary
Barbarę poddano tzw. "próbie wody", polegającej na wrzuceniu domniemanej
wiedźmy do stawu lub rzeki i obserwowaniu jej zachowania. Jeżeli oskarżona nie tonęła
(zdarzało się to często, gdyż kobiety nosiły wtedy po kilka wełnianych spódnic,
niezwykle wolno wchłaniających wodę), ogłaszano ją czarownicą. Osobę tonącą
puszczano najczęściej wolno, oczyszczając ją z zarzutów uprawiania czarów. W opinii
sądu Barbara była czarownicą. Takie kobiety wędrowały najczęściej w specjalne dyby,
uniemożliwiające wiedźmie zetknięcie z podłożem. W obawie przed skrywającym się
diabłem kobietom golono też wszystkie włosy na ciele.
CUDOWNY TALIZMAN
Mroczna historia chojnickiego zabobonu nabierała niekiedy komicznego
charakteru. W XVII wieku istniał przesąd, jakoby skradzione spod szubienicy przedmioty
mogły przynosić szczęście i powodzenie. Po taki talizman wybrał się pewnej nocy
Jakub Wolandt z Charzyków i zakradłszy się niepostrzeżenie pod wisielca,
przywłaszczył sobie część szubienicznego sznura. Przedsiębiorczy jegomość
odsprzedał następnie łup podupadającym browarom jako cudowny środek na zwiększenie
sprzedaży złocistego trunku. Za ten niegodny czyn Wolandt skazany został na
powieszenie. Ciekawe, czy jego śmierć dostarczyła kolejnego niezwykłego środka,
gwarantującego jego posiadaczowi pewny sukces handlowy... Kto wie, może ów
amulet rozwiązałby problemy chojnickich szklarzy, którzy przekonani o obecności
szkodzącego ich interesom diabła zwrócili się w 1740 roku do księdza jezuitów z
prośbą o odprawienie egzorcyzmów...
DIABEŁ W GRUSZKACH
W 1691 roku przed sądem w Chojnicach stanęła, oskarżona o czary,
Małgorzata. Lista stawianych jej zarzutów była tyleż imponująca, co nieprawdopodobna.
Z drugiej strony nie odbiegała bynajmniej od przyjętych norm, pozwalających na
precyzyjną identyfikację osoby parającej się rzucaniem uroków. Przypadek tej kobiety
zdaje się ponadto potwierdzać regułę, że nawet w niewielkiej miejscowości odnaleźć
można jakąś lokalną, charakterystyczną dla danego regionu, miejscową Łysą Górę.
Małgorzata przyznała, że jakiś czas temu otrzymała od wiedźmy Jadwigi "w pół
korcu gruszek dwóch czartów imieniem Jerzy i Stach" rewanżując się jej
napełnionym w połowie garncem miodu i woskiem. Po czterech dniach od tego pamiętnego
wydarzenia "czarty" ukazały się nowej właścicielce, oczekując pracy i
żywności. Małgorzata stwierdziła ponadto, że od wymienionych biesów otrzymała
chrzest i przyjęła nowe imię Jadwigi. Zajście miało miejsce na Tucholskiej Łysej
Górze, jednak sabaty z uczestnictwem oskarżonej miały odbywać się w innym miejscu -
na Cerekwickiej Łysej Górze. Ponoć brała w nich udział trzykrotnie i przebywała na
nich w charakterze... kucharki. Wskazała także wspólniczki magicznych zlotów":
Barbarę i Zofię, przy czym Zofia relacji koleżanki "po fachu" potwierdzić
nie mogła, jako że nieopatrznie spalono ją wcześniej na stosie. Najbardziej krnąbrnym
z podarowanych jej czartów okazał się Stachu, "bo zawsze roboty
potrzebował". Przewiny Małgorzaty nie pozostawiały cienia wątpliwości, kim w
istocie była. Przy pomocy podporządkowanych sobie sług udusiła roczne źrebię oraz
trzy świnie należące do synowej, przyznała się także do zabicia wołu i krowy.
Wpłynęła ponadto na stado krów syna, stając się bezpośrednią przyczyną
bezpłodności bydła. Małgorzatę uznano za winną uprawiania czarów i skazano ją na
śmierć. Dobrej woli sądu należy przypisać fakt, że nie została spalona na stosie, a
"tylko" ścięta mieczem.
Piotr Puchalski - "Kurier Chojnicki" z 15.12.1999 r. |