Obserwator 07/2003
29.07.: - W
niedzielę 20.07., już po napisaniu poprzedniego wpisu, pojechaliśmy do Studzienic.
Zainteresował mnie występ kabaretu "Długi", którzy byli gwiazdą drugiego
dnia święta tej gminnej wsi w powiecie bytowskim. O imprezie przeczytałem na
Chojnice.pl w giżyckiej kawiarence internetowej, dlatego Przemka 7 urodziny
urządziliśmy w sobotę (od mojej Mamy dostał m.in. tornister i piórnik, a od drugiej
babci piłkę). Po dotarciu na miejsce i ustawieniu z pomocą harcerzy samochodu na
bezpłatnym parkingu, udaliśmy się na festyn. Okazało się, że za konferansjerów
pracują znani chojniczanie - Roman Guzelak i Mariusz Paluch. Show, jaki dali Jacek Łapot
i Piotr Skucha był ekstra. Jedną z głośniejszych owacji dostali za zagadkę, co
różni rzeki od polityków (rzeki czasem dobrowolnie odstępują od koryta). Zachęcam do
słuchania ich raz (niestety - tylko, kiedyś co drugą niedzielę) w miesiącu na
Trójce.
Od środy 23.07. do soboty 26.07. byłem "słomianym
wdowcem", gdyż prawie całą rodzinkę (bez Radka) z namiotem zawiozłem do
Swornegaci, gdzie do niedzieli biwakowali przy przystani ośrodka "Psia Góra".
Radek w tym czasie był z Beatą w jej domu. W tym czasie w tej samej miejscowości
wypoczywał Grażyny znajomy o imieniu Grzegorz (Ślązak, mieszkaniec Koblencji) z
Gadu Gadu, z którym nieraz "gadała" do baaardzo późnej nocy. Oczywiście
doszło do naszego spotkania już w środę. W sobotę po obiedzie, już z Radkiem
(zalazł za skórę Beacie), doszlusowałem do kompletu. Pogoda cały czas była super.
Wieczorem wraz z Grzegorzem i jego kumplem ze Śląska wybraliśmy się na pobliską
plażę, gdzie na stylizowanej na żaglowiec estradzie do późnej nocy trwała typowa
ludowa zabawa. My ponadto przy pobliskim ognisku, popijając piwo, piekliśmy sobie
kiełbaski. Następnego dnia kontynuowaliśmy leniuchowanie nad wodą. Po obiedzie w
jednej z pijalni udało mi się pokonać Grzegorza w tenisa stołowego. Wieczorem
zjechaliśmy na "kwaterę murowaną", czyli do naszego domu.
Niestety, jeszcze w nocy z niedzieli na poniedziałek "szlag"
trafił pogodę, gdyż przyszło ochłodzenie z burzą. I tak jest do dzisiejszego
wieczora. Mam nadzieję, że do soboty wróci lato, bo tego dnia (a w zasadzie wieczora) w
Fosie odbędzie się IX Chojnicka Noc Poetów, na którą na pewno pójdę. Z gwiazd są
zapowiedziani zespół "Raz, Dwa, Trzy", Katarzyna Groniec, Anna Seniuk,
Krzysztof Majchrzak i Ewa Ziętek. Oczywiście wstęp za darmo. Wszystkich Internautów
serdecznie zapraszam.
20.07.: - Przez dwa tygodnie nic nie pisałem, gdyż najpierw nie
miałem czasu z powodu przygotowań do wyjazdu pod namiot (m.in. samochód, praca,
pakowanie się), a następnie od soboty 12 lipca do piątku 18 lipca byliśmy na Mazurach.
Wraz ze mną pojechała Grażyna, Przemek, Radek i Beata. Spaliśmy pod namiotem,
przemieszczaliśmy się naszym samochodem. Wyjechaliśmy 12.07. wcześnie rano,
chcieliśmy tego dnia zaliczyć najpierw Grunwald, gdzie właśnie tego dnia odbywała
się tam inscenizacja bitwy z 1410 roku. Niestety, pogoda w tym czasie była niezbyt
sprzyjająca, prawie całą trasę albo mżyło, albo popadywało. Ostatecznie
zdecydowaliśmy się ominąć Grunwald i pojechać bezpośrednio do Ostródy, gdzie był
zaplanowany pierwszy nocleg. Ostróda przywitała nas deszczem, w czasie którego
szukaliśmy sklepu, gdzie można byłoby kupić folię tzw. malarską, którą chcieliśmy
położyć pod namiotem. W końcu znaleźliśmy taki sklep w samym centrum. Jest to plac
Tysiąclecia, podobno jeden z nielicznych w Polsce rynków w kształcie trójkąta. O tym,
że jest to dawny rynek, dowiedziałem się później, gdyż wówczas sądziłem, że jest
jednym z placów miejskich otoczonych blokami w stylu późnego Gomułki. Niestety, II
wojna św. nie oszczędziła tego miasta. Po analizie planu miasta wybraliśmy miejsce
biwakowania. Został nim miejski ośrodek wodny nad jeziorem Drwęckim niedaleko dworców
PKS i PKP. W czasie pierwszego spaceru w oko wpadli nam motocykliści, którzy zjechali na
kolejny zjazd do Ostródy. Obserwując ich przejazd przez miasto szczególnie w oko nam
wpadli jeźdźcy w motocyklu z boczną przyczepką, na której był ręczny karabin
maszynowy (lub raczej jego imitacja). Po rozbiciu namiotu i skonsumowaniu pierwszego
obiadu, udaliśmy się na kolejny spacer po mieście. Na szczęście już nie padało.
Pierwszy odcinek wiódł nadbrzeżną promenadą, gdzie był port Żeglugi Mazurskiej.
Pierwszą naszą uwagą było to, że taki piękny i bardzo zadbany "szlak"
spacerowy przydałby się w Charzykowach. No cóż, może nie skończy się na gadaniu i
taka promenada powstanie. Po drodze zauważyliśmy niezłe motocykle, na jednym z nich (za
zgodą właściciela) Przemek ma zrobione zdjęcie. Następnym etapem był zamek
ostródzki, gdzie w położonej w podziemiach restauracji wypiliśmy po piwku. Stamtąd
poszliśmy do kościoła ewangelickiego, na którego wieżę można było wejść i
obejrzeć panoramę miasta (a może chojnicka Bazylika Mniejsza zarobiłaby w ten sposób
parę złotych?) Jeszcze jedna rzecz zapadła mi w pamięć. Z usług miejskiego szaletu
można było skorzystać za DARMO. Warto skorzystać i z tego przykładu.
Następnego dnia po spakowaniu się ruszyliśmy w stronę Lidzbarka
Warmińskiego. Pierwszym przystankiem był Miłomłyn, gdzie sądziłem, że w pobliżu
znajduje się pochylnia Kanału Elbląskiego. Okazało się, że jest tam jedynie śluza.
Stamtąd pojechaliśmy prosto do Lidzbarka, choć zamierzaliśmy jeszcze zatrzymać się w
Morągu. Niestety, po drodze dałem się namówić Grażynie, abyśmy zboczyli na polną
drogę wiodącą do miejscowości Raj. Mało prawdopodobne abym trafił tam po śmierci,
dlatego zaryzykowałem. No i po kilkuset metrach najechałem na jakiś większy kamień i
w przewodzie doprowadzającym spaliny do tłumika zrobiła się niezła dziura. Jazda na
wstecznym z powrotem zakończyła się koniecznością dolania wody do układu
chłodzącego. Przy zamkniętych szybach dojechaliśmy do Lidzbarka. Tam na parkingu
zrobiliśmy sobie obiad, podgrzewając na kuchence nieśmiertelny bigos, którego zapas w
słojach zabraliśmy w drogę. Przed wyjazdem zamierzaliśmy nocować w Lidzbarku (oprócz
Ostródy), Kętrzynie, Giżycku i Rucianem. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że jedziemy na
kolejne cztery noclegi do Giżycka, gdyż operacja rozkładania i składania namiotu
"trochę" męczy. W samym Lidzbarku zwiedziliśmy tylko zamek, który był
kiedyś siedzibą biskupów warmińskich. Jednym z nich był wuj Mikołaja Kopernika -
Łukasz Watzenrode. Ich portrety obejrzeliśmy podczas zwiedzania zamkowego Muzeum Ziemi
Warmińskiej. Pod zamkiem przepływa Łyna, w której widoczność zapewne nie przekracza
20 cm. Stamtąd udaliśmy się do Giżycka. Na "kotwicowisko" wybraliśmy
ośrodek LOK - u, przede wszystkim ze względu na lokalizację nad samym brzegiem jeziora
Niegocin. Taryfa za pobyt tamże warta jest kilku słów. Obowiązkowym opłatami są w
zasadzie tylko te za namiot i samochód, natomiast "luksusy" w rodzaju ciepłej
wody, pryszniców i WC były dodatkowo płatne. I tak: jednorazowe skorzystanie z: WC - 1
zł, umywalni - 2,50 zł; prysznica do 8 min. - 6 zł. Dostęp do tych usług był w
godzinach 8 - 23, później była możliwość skorzystania z bezpłatnego WC
"nocnego". Zdecydowanie bardziej wolę droższy pobyt liczony od osoby i bez
dodatkowych opłat za WC czy ciepłą wodę, a tak było w Ostródzie. Ponadto brakowało
nam na campingu miejsca na sporządzanie posiłków, tzw. kuchni. Z naszego skromnego (na
razie) doświadczenia wynika, że zdecydowanie najlepiej wyposażonym campingiem i
spełniającym powyższe uwagi był ten w Rowach nad Bałtykiem.
Następnego dnia (poniedziałek 14.07.) zaraz po śniadaniu
podjechałem do pobliskiego warsztatu, aby załatano w nim dziurę w układzie wydechowym.
W sumie w tym dniu nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, tylko poświęciliśmy go na zwiedzanie
Giżycka i wysłanie widokówek do rodziny. Jedyną rozrywką tego dnia (a w zasadzie
wieczora) była dyskoteka. Na terenie ośrodka, gdzie zakwaterowaliśmy, był rozstawiony
specjalny namiot, gdzie prawie codziennie grano właśnie te dyskoteki.
Wtorek był dniem typowo "turystycznym". Zaraz po śniadaniu
ruszyliśmy do Sztynortu. Jest to jeden z największych portów żeglarskich na Mazurach.
Znajduje się on na półwyspie pomiędzy jeziorami Mamry i Dargin. Stamtąd
skierowaliśmy się do Gierłoży, gdzie są ruiny Wilczego Szańca, czyli dawnej Kwatery
Hitlera. Po drodze zaliczyliśmy kilkukilometrowy odcinek brukowanej szosy, o jakości
tej, która występuje w chojnickim Lasku Miejskim. Poza tym wszystkim malkontentom,
którzy narzekają na nawierzchnię naszych okolicznych szos, zaleciłbym lekcję pokory
na mazursko - warmińskich drogach. Są nie tylko bardziej dziurawe, ale i zdecydowanie
węższe. W Gierłoży zajęty byłem pilnowaniem Radka, reszta "wycieczki"
zwiedzała dawną siedzibę Adolfa H. Kolejnym etapem wtorkowej eskapady była Święta
Lipka. Zdążyliśmy tam dojechać przed koncertem organowym, który co ok. godzinę jest
odgrywany. Przy wyjściu Przemek został zapytany przez bardzo miłego księdza, czy
policzył, ile figurek poruszało się podczas koncertu. Okazało się później, że
ksiądz przebywał kiedyś w Starogardzie Gd. i zna naszego proboszcza z os. 700 - lecia w
Chojnicach. Z Świętej Lipki podjechaliśmy do Reszla. Do odwiedzenia tego miasta
zachęcał Grażynę jej znajomy z MniamMniam.pl. Miał rację, bardzo piękne miasteczko
z zachowaną średniowieczną zabudową. Po raz pierwszy w życiu zjadłem właśnie w
Reszlu podwójne lody w rożku z dwiema "wieżyczkami" na dwie kulki. Do
Giżycka chcieliśmy wracać przez Ryn. Wydawało mi się, że najkrótsza droga wiedzie
przez Świętą Lipkę, Wilkowo, Gronowo i Słabowo. Ale potwierdziła się słuszność
powiedzenia, że jeśli masz czas, to jedź na skróty. Odcinek pomiędzy Wilkowem a
Gronowem nadaje się praktycznie tylko dla samochodów terenowych, gdyż jest w zasadzie
drogą gruntową z kamieniami polnymi. Z duszą na ramieniu, ale bez uszkodzenia jadąc 20
km/godzinę jakoś dotarliśmy do Gronowa. Tam pomyliłem drogę i skręciłem na
Wyszembork i Szestno. Ostatecznie do Ryna jechaliśmy przez Mrągowo nadkładając około
30 km. Po zwiedzeniu centrum tego miasteczka (o tej porze zamek był już zamknięty) i
wypiciu po piwku (ja ciemnego), wróciliśmy do Giżycka.
W środę jedynym akcentem turystycznym było zwiedzanie przed
południem giżyckiej Twierdzy Boyen. Zachowała się do naszych czasów w bardzo dobrym
stanie, gdyż wykorzystana militarnie była tylko raz podczas I wojny światowej, gdy
Prusacy bronili się w niej przed atakami wojsk rosyjskich. Wiele zdjęć i informacji z
tamtych czasów można obejrzeć w zamkowym muzeum. W tej chwili jest na terenie twierdzy
umieszczony amfiteatr, gdzie właśnie w ten weekend odbywa się w nim festiwal piosenki
żeglarskiej. Po obiedzie wybraliśmy się do Węgorzewa. Już przed wyjazdem zaczęło
grzmieć, ale sądziliśmy, że burza idzie w inną stronę. Już na trasie zaczęło
popadywać, ale gdy dotarliśmy na miejsce przestało. Już ruszaliśmy na zwiedzanie, gdy
znowu zaczęło kropić. Zawróciliśmy do pobliskiej "Biedronki", aby zrobić
bieżące zakupy, czyli m.in. chleb i jego odpowiednik w płynie. Po raz pierwszy kupiłem
piwo w plastikowej butelce o poj. 1,5 l, takiej jak do napojów. Gdy chcieliśmy wyjść
ze sklepu, okazało się, że rozszalała się na dobre burza. No to postanowiliśmy
wrócić do Giżycka.
Na czwartek rano zaplanowaliśmy przeprowadzkę do Rucianego, ale
najpierw większość, czyli wszyscy poza mną, udali się w rejs statkiem z Giżycka do
Szymonek. Jest to przystanek na trasie do Mikołajek. Ja do nich dotarłem lądem
samochodem z resztą bagaży. Stamtąd przez Orzysz dojechaliśmy do Pisza. Tam
zaliczyliśmy miejscowe muzeum. Niestety, czynny był jedynie dział przyrodniczy, gdzie
można było zobaczyć wypchane okazy fauny, którą występuje na Mazurach. Dział
historyczny był, niestety, zamknięty, ale cena biletu była bez zmian. Z Pisza
pojechaliśmy do Wejsun. Tam chcieliśmy obejrzeć miejscową izbę regionalną, ale była
niedostępna, gdyż jej sąsiedzi (pełnią rolę kluczników) akurat gdzieś wyjechali.
Bardzo chciałem rzucić okiem na Śniardwy, dlatego podjechaliśmy jeszcze kilka
kilometrów po koszmarnej szosie, której asfalt zapewne bez jakiejkolwiek konserwacji
przetrwał II wojnę światową i czasy powojenne, do Popielna. Stamtąd już
bezpośrednio na "kwaterę" w Rucianem - Nidzie. Na miejsce ustawienia namiotu
wybraliśmy pole nad brzegiem jeziora Nidzkiego, ok. 2 km od leśniczówki Pranie. Było
to miejsce o najskromniejszym standardzie - tylko zimna woda z ręcznej pompy, ubikacja
typu toi - toi. Ale była tam najfajniejsza atmosfera. Wieczorem prawie wszyscy (było tam
wtedy 14 namiotów) usiedliśmy razem przy ognisku. Wspólnie śpiewaliśmy piosenki,
opowiadaliśmy dowcipy (ja ten o tym, jak do nieba trafili Einstein, Picasso i Dżordż
Dablju Busz).
Piątek 18 lipca zaczął się pobudką o 6.20, gdyż ktoś
(chyba Marek) na tą godzinę ustawił uruchomienie w mojej komórce informacji o 7
urodzinach mojego pierworodnego syna Przemka. Przed poobiednim wyjazdem do Chojnic,
zaplanowaliśmy jeszcze podjechanie do pobliskiej leśniczówki Pranie, gdzie jest muzeum
poświęcone Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu. Ten wielki poeta kilka ostatnich lat
swego życia spędził właśnie tam. Z wielkim przejęciem obejrzeliśmy eksponaty w tym
muzeum. I to był już ostatni punkt naszego pobytu na Mazurach. Sądzę, że uda mi się
w tym tygodniu zeskanować i umieścić na stronie pierwszą porcję zdjęć, które
powstały do wtorku włącznie.
6.07.: Z lektury bieżących wydań lokalnej prasy zaciekawił mnie w zasadzie tylko jeden tekst i jego właśnie umieściłem w "Prasówce". Jest to wywiad z Edwardem Pietrzykiem, który był delegatem na II Kongres SLD. Ukazał się w "Nowym Czasie Chojnic". Bardzo łagodnie określił swe motywy dlaczego nie głosował za Leszkiem Millerem. Po przeczytaniu prasy udałem się (4.07.) na koncert "Blue Cafe" i "Perfectu". Wszedłem na stadion ok. 20, gdy na scenie produkował się zespól rockowy o kaszubskim rodowodzie. Z dużym entuzjazmem kwitowali prawie zerowe zainteresowanie publiki. Po nich weszła na scenę piosenkarka (chyba jest to określenie na wyrost) pochodząca zdaje się z Chojnic. Śpiewała w towarzystwie dwóch tancerek polskie wersje światowych przebojów. Aby umilić te męczarnie, poszedłem spożyć piwo, które na stadionie podawał "Specjal", główny sponsor koncertu (ciekawe, po ile byłyby bilety bez niego, gdyż płaciłem za jeden 20 zł). Za 0,4 l zapłaciłem 3,50 zł. Nieźle się cenią. Podejrzewam, że w podobnej cenie będzie piwo w koszmarku, zwanym kopułą, który niedawno stanął na Starym Rynku. Niestety, kamera internetowa podłączona do strony Życia Chojnic pokazuje jedynie fontannę i ostatni kawałek wolnej niezagraconej przestrzeni na placu. Wracając do koncertu, to dopiero o 21 weszła na scenę Tatiana Okupnik z zespołem Blue Cafe. Nie jestem ich fanem, ale muszę przyznać, że są niezłymi rzemieślnikami, a ich sekcja dęta to dobrzy showmeni. Zastanowiło mnie tylko to, że Tatiana mówi zupełnie innym głosem (czyli nie skrzeczącym), śpiewa też innym. Po nich (po przecierpieniu żałosnych konkursów, w których byłem zmuszony słuchać, jak widzowie "śpiewają" dżingiel reklamowy Radia Gdańsk), weszli na scenę muzycy z "Perfectu". Zagrali wiele swych starych kawałków, nie zapomnieli i o nowych. Do mnie szczególnie "trafia" piosenka "Niepokonani". Zagrali go kiedyś na pogrzebie Marka Kotańskiego. Pomiędzy utworami słuchacze mogli dowiedzieć się, że 23.09. Grzegorz Markowski (mógłby być ojcem zdecydowanej większości widzów) kończy 50 lat; oraz że ktoś chory psychicznie rok temu wydrukował plakaty z informacją o ich koncercie w Chojnicach. Kto w takim razie rok temu na ich oficjalnej stronie www zamieścił informację, że trasa koncertowa Perfectu ma przystanek w Chojnicach? Byłem na tej stronie i to widziałem. Generalnie było super, na szczęście nie padało i bardzo zadowolony wróciłem do domu. Na koniec konferansjer (na codzień dziennikarz Radia Gdańsk) zaprosił wszystkich na 8.08., kiedy to do Chojnic mają zjechać Kombi, Łzy i Wilki.
2.07.: - Próbowałem szybciej zabrać się za aktualizację tej strony, ale nie udało się. W minionych dniach ze spraw chojnickich chyba najciekawszym wydarzeniem była polemika burmistrza Chojnic z posłem Walendziakiem, która odbyła się na łamach prasy lokalnej i strony www chojnickiego urzędu. W internecie także dodatkowo treść wniosku posła do NIK-u, który miałby przyjrzeć się procesowi prywatyzacji MZEC-u. Ciekawym akcentem tej dyskusji jest list p.Zbigniewa Steinke, który wydrukowała wczorajsza Gazeta Pomorska. Ma tytuł "Czego boi się burmistrz?" Umieściłem go w "Prasówce". Jedno ze zdań jest szczególnie celne (niestety - jako były członek Zarządu Miasta to piszę): "Gdzież że więc były miejscowe czynniki kontrolne (rada nadzorcza, właściwa komisja RM oraz inne struktury nadzorujące)?".Minioną niedzielę spędziliśmy (jeszcze Grażyna, Przemek, Radek i Beata) na zwiedzaniu ciekawych miejsc powiatu kartuskiego. Zaraz po obiedzie ruszyliśmy przy pięknej pogodzie na północ. Pierwszym przystankiem był ogród botaniczny w Gołubiu. Bardzo piękne miejsce z wieloma rzadkimi okazami drzew, krzewów i kwiatów. Stamtąd podjechaliśmy kilka kilometrów pod Wieżycę. Z parkingu ruszyliśmy na "szczyt" najwyższego wzniesienia Kaszub - 328,6 m npm. Radka nieśliśmy na zmianę, z reguły na "barana". Na samym wierzchołku od 1997 roku stoi stalowa wieża widokowa, którą wszyscy (bilety łącznie 10 zł) zaliczyliśmy. Chyba najtrudniej wejście przyszło wykonać Beacie. Jeszcze niezłą chwilę po powrocie na ziemię trzęsły jej się nogi (zapewne zadziałał lęk wysokości). Idąc przez las na Wieżycy znaleźliśmy trochę jagód, prawie wszystkie zjadł Radek. Większą ilość jagód mieliśmy możliwość kupić od stojących przy szosie. Spod "góry" pojechaliśmy do pobliskich Kartuz (było je widać z wieży). Niestety, Muzeum Kaszubskie było już zamknięte, gdyż w niedziele jest czynne od 10 do 14. Więcej szczęścia mieliśmy przy kolegiacie, gdyż akurat zjechała do niej wycieczka z niemieckimi turystami. Byli to w większości emeryci. Polskich emerytów stać jedynie na wycieczki do Lichenia. Stamtąd pojechaliśmy na Truskawkobranie, które było na Złotej Górze. Tłok niesamowity, my z Radkiem w wózku... Długo tam nie zabawiliśmy, zwłaszcza, że truskawki drogie - po 6 zł za kilogram!!! W tym roku jedyne truskawki, które jedliśmy i zostały przerobione na kompot pochodziły z działki teściów. Wspominałem wcześniej, że 4 lipca wybieram się na koncert "Perfectu". Dziś kupiłem bilet dla siebie i 8 znajomych Wieśka Ulatowskiego, którzy z Bytowa wybierają się także na koncert. Ja chyba trochę się spóźnię, gdyż o 19 w Farze tego dnia jest msza św. za duszę mojego śp.Taty, który właśnie tego dnia obchodziłby swoje kolejne urodziny. Kiedyś dowcipkowałem na nich, że ma urodziny razem ze Stanami Zjednoczonymi, naszym nowym Wielkim Bratem. Jak zwykle ślepo za nim drepczemy. Dziś usłyszałem, że do Iraku odleciała 250 - osobowa grupa polskich żołnierzy, którzy będą wchodzić w skład wojsk okupacyjnych (nasi rządziciele - w odróżnieniu od ONZ -, czyli SLD, woli używać określenia "wojska stabilizacyjne"). Oby wszyscy wrócili do domu.